Dlaczego Polacy tak lubią Nissana Qashqai?

Polska to dziwny kraj. Niektóre samochody sprzedają się u nas dobrze i tak naprawdę nikt nie wie dlaczego tak jest. Koronnym przykładem jest tutaj Nissan Qashqai. Auto niezbyt piękne, drogie w naprawie, z trudną do wymówienia i zapisania nazwą i w dodatku pochodzące z Dalekiego Wschodu, a nie z, tak cenionych przecież u nas za solidność, Niemiec.

Sekretem jest cena. Nową wersję tego auta można sobie sprawić za niecałe 70 tys. PLN. W zamian dostajemy przyzwoicie wyposażonego crossovera – auto pakowne i wygodne, świetne dla młodych rodzin z dzieckiem, które szukają auta do wygodnego przemieszczania się z całym niezbędnym inwentarzem.

W tym roku Nissan Qashqai wprowadził do sprzedaży modele z nowymi turbodoładowanymi silnikami. Tak naprawdę rewolucji tu nie ma, ale osiągi tych jednostek są naprawdę obiecujące. Oczywiście jeśli godzimy się na ewentualne problemy z takimi podzespołami jak turbodoładowanie czy filtr cząstek stałych…

Nie zmienia to jednak faktu, że crossover Nissana to samochód bardzo przyzwoity, który za niewielkie pieniądze oferuje spory komfort podróżowania i dobrą przestrzeń bagażową. Cóż więcej chcieć od auta rodzinnego? I to za takie pieniądze!

Kursanci będą decydować na jakim aucie zdają!

W pierwszej chwili pomyślałem, że to doskonały pomysł. Ale pewnie skończy się tym, że każdy będzie zdawał autem najmniejszym i najprostszym w obsłudze… A nie można byłoby po prostu ujednilić całego systemu w Polsce? Wprowadzić jednego egzemplarza, którym odbywałoby się tą “jazdę obowiązkową”. Skończyłyby się problemy z wyborem, a jakość kształcenia w żaden sposób by nie ucierpiała…

Kursantowi zdecydowanie łatwiej byłoby zdać egzamin na pojeździe, na którym uczył się jeździć. To zdecydowanie poprawiłoby statystykę zdawalności. To dość oczywisty wniosek – w końcu auta do nauki są dokładnie takie same, jak auta egzaminacyjne. Chodzi więc chyba o zminimalizowanie stresu – kursant zna konkretny egzemplarz, wie jak działa sprzęgło i hamulec. No to może w ogóle przerzućmy ciężar zdawania egzaminu na szkoły nauki jazdy? Skoro mają tak samo dobre samochody, to pewnie i nie gorszych specjalistów od jeżdżenia samochodami, którzy na dodatek znają przepisy ruchu drogowego. Zlikwidujmy WORDy, pogońmy tą całą zacietrzewioną egzaminatorską brać gdzie pieprz rośnie.

Echh pomarzyć dobra rzecz…

Najchętniej jeździmy golfami, passatami i astrami

… Bo tylko na takie samochody nas stać.

Średnia wartość samochodu używanego sprowadzanego z zagranicy to ok. 13 tys PLN.  W tej grupie aut są wspomniane już w tytule VW Golf i Passata, Opel Astra, ale też Fordy: Focus i Mondeo (pełna lista tutaj).

Jak czytamy, od stycznia do kwietnia Polacy sprowadzili z zagranicy i zarejestrowali prawie 194 tys. używanych samochodów. Udział tych aut w rynku wyniósł 33,4 proc. Nie da się więc ukryć, że polska wciąż stoi (jeździ) używanym szrotem z zza zachodniej granicy. Jeździmy samochodami przestarzałymi technicznie, mniej ekologicznymi i bezpiecznymi. Ale co zrobić, skoro tylko na takie nas stać…

Mercedes B – co to za segment?!

Z Mercedesem B od lat miałem poważny problem. Po prostu mi się nie podobał. Uważałem, że jest to samochód do niczego: ani to auto miejskie (bo za duże) ani kompakt (bo za bardzo beczkowate). Nie wiadomo było kto miałby tym jeździć – w odróżnieniu od modelu A pozycjonowanego zdecydowanie jako auto dla kobiet. Tymczasem w przypadku B wszystko było bardzo poprawne, ale jednak nijakie…

Ale nowy Mercedes B to już trochę inna bajka. Wydaje się, że konstruktorzy poszli po rozum do głowy i zamiast odjechanej miejskiej beczki zafundowali nam klasyczny, bardzo porządny kompakt. Nowa wersja modelu jest bardziej smukła i agresywna, dzięki czemu zrobiła się bardziej… męska. To akurat na plus – mężczyźni lubią Mercedesy :)

Mercedes B, fot. Regiomoto.pl

Wśród samochodów marek premium B-klasa będzie walczyć o klientów z BMW serii 3, Audi A3 Sportback i Volvo S40 – mowa zatem o kompaktach z wyższej półki. Golf czy Ford Focus to samochody z tak naprawdę innej ligi i reprezentujące inną klasę. Aby się o tym przekonać wystarczy rzut oka na ceny Mercedesa B, które zaczynają się od 101 100 zł…

Czy ceny paliw wzrosną na Euro 2012?

Zastanawiałem się ostatnio, czy polskie koncerny paliwowe wykorzystają sytuację i podniosą ceny paliw z okazji Euro. Wiadomo: Niemcy, Austriacy, Czesi, a może i Holendrzy czy Chorwaci przyjadą do nas samochodami. Paliwa są u nas tańsze niż w krajach zachodnich, więc pokusa aby chociaż zrównać ceny w Polsce jest duża. I jestem prawie pewny, że takie próby zostaną podjęte. W końcu Euro jest raz na długi czas i zarobić na nim trzeba…

Ciekawe tylko co na to protestujący, którzy chcieli w ostatnim czasie blokować stacje benzynowe i drogi. Czy w okresie Euro jakikolwiek protest im wypali? Nie sądzę, aby policja im na to pozwoliła. A ja jestem przekonany, że w czerwcu pęknie magiczne 6 zł za litr. I paradoksalnie najbardziej zdziwieni tym faktem będą Polacy.

Bez wątpienia mocno podrożeje też auto gaz który na Zachodzie też jest mocno droższy. Ciężkie czasy nadchodzą. Ja już szykuję na czerwiec rower :)

Filtry, płyny, części – czyli auto-skarbonka

Utrzymanie samochodu kosztuje spore pieniądze. Mowa nie tylko o bieżących naprawach, ale też o elementach, które wymieniamy rutynowo, choć tak naprawdę nie wiemy do końca co by się stało, gdybyśmy tego nie robili. Dobrym przykładem jest tutaj olej silnikowi i płyn hamulcowy. Czy statystyczny kierowca ma świadomość, że zaniedbanie tych elementów i brak wymiany na czas może oznaczać unieruchomienie samochodu?

Podobnie rzecz się ma z klimatyzacją. Niezbędna jest jej dezynfekcja, zwana potocznie odgrzybieniem. Bakterie i drobnoustroje, które dostają się do wnętrza auta przez kratki nawiewu, mogą być niebezpieczne dla zdrowia kierowcy i pasażerów. W moim przypadku klima dodatkowo powoduje katar… Dlatego czyszczę ją regularnie, raz na rok :)

Zużyciu ulegają też inne filtry: paliwa, oleju, a w przypadku nowoczesnych diesli, filtr cząstek stałych. Warto regularnie sprawdzać stan tych elementów, bo ich niesprawność może spowodować, że komputer pokładowy unieruchomi nam pojazd (czujniki przecież nie kłamią!).

Citroen DS3 – cóż za przedziwne auto!

Nie jestem zwolennikiem designerskich samochodów. Nie jest w moim guście ani Fiat 500 ani tym bardziej Kia Rio (którą zresztą uważam za auto o obrzydliwej stylistyce). Samochód ma być funkcjonalnym i bezawaryjnym narzędziem, które będzie dawać kierowcy satysfakcję z jazdy. Dlatego dla Citroena DS3 zrobię wyjątek i napiszę, że jest to jedno z niewielu nowoczesnych samochodów, które ma nie tylko atrakcyjne ciało, ale i duszę.
Citroen DS3

Interesujący test o tym, jak nowy Citroen DS3 sprawdza się w praktyce, przeczytacie tutaj.

Kreatywne liczenie zużycia paliwa przez producentów

Samochody powinny być szybkie, nowoczesne, piękne i, a jakże, oszczędne. Każdy producent dąży do tego, aby jak najlepiej spełniać wymagania swoich potencjalnych klientów. Jednym z takich zabiegów, ocierających się o socjotechnikę, to podawanie zużycia paliwa. Czy to przypadek, że to, czym chwali się producent nijak ma się do rzeczywistości?

Jak wyglądają testy, w których sprawdza się zużycie paliwa? Dość groteskowo. Jak czytamy na Regiomoto.pl: “Samochód poddawany jest testowi w hamowni. Zanim rozpocznie się pomiar, pomieszczenie jest nagrzewane do temperatury 20-30 stopni. Dyrektywa określa konieczną do zapewnienia wilgotność i ciśnienie powietrza. Bak badanego auta musi być uzupełniony paliwem do poziomu 90 procent”.

Świetnie, tylko że samochód w normalnych warunkach nie porusza się pod dachem. Musi walczyć z oporami powietrza, wiatrem, korkami, idiotami powodującymi zagrożenie na drodze… Ile tracimy na tej walce? Tyle, że realne spalanie jest nawet o 1/3 wyższe od tego osiągniętego podczas ustandaryzowanego testu!

Jaka jest na to rada? Nie sugerujcie się nigdy tym, co o spalaniu paliwa twierdzi producent! Albo przynajmniej dodajcie sobie do tego wyniku 30 proc. :)

Aż dziw, że nie ma jeszcze ustandaryzowanego testu spalania dla aut, w których są instalacje lpg

 

Skoda Yeti – kolejny miejski wojownik?

Współczesne samochody miejskie są coraz większe. Nowa Fiesta jest prawie o metr dłuższa niż Fiesta z połowy lat 90. VW Polo anno domini 2011 gabarytami przypomina raczej starego Golfa. Pojawił się nawet nowy segment pojazdów, zwany “miejskim SUVem”. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi…

Ale przecież im większe koła i wyżej się siedzi, tym lepsza i łatwiejsza będzie kontrola nad autem w ruchu miejskim. Nie mówiąc już o parkowaniu – w takiej Skodzie Yeti parkowanie jest dziecinnie proste. Pomińmy drobny szczegół że pomaga w tym elektronika…

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że koncerny motoryzacyjne starają się nas przekonać, że zawsze marzyliśmy o takim pojeździe. Duży prześwit umożliwi wjazd na każdy krawężnik. Duże koła pozwolą płynniej jeździć po dziurach.  Duży bagażnik sprawi, że wreszcie przestaniemy się ograniczać w galeriach handlowych. Marketingowy bełkot pełną gębą!

P.S. Jeśli jeszcze Was nie zniechęciłem, to więcej o tym, jak prezentuje się nowa skoda yeti znajdziecie tutaj.

Paliwo coraz droższe… Będą protesty?

Cena 6 zł za litr benzyny wydaje się być kwestią czasu. Nadzieje na obniżkę cen – chociażby poprzez obniżenie podatku przez rząd – są raczej płonne. Kierowcy są w sytuacji beznadziejnej – zapłacą za paliwa tyle, ile będą musieli. Inaczej siup na rower!

Jak jednak donoszą media, kierowcy szykują bunt przeciw cenom paliw. Doprawdy, jest to dość wzruszające. Najbardziej śmieszy mnie jednak forma protestu, która polega na… wypalaniu paliwa. To, czy robi się to jadąc ślimaczym tempem nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. Taką formą protestu buntownicy generują zyski koncernom paliwowym!

Dlatego mam dwie rady: zmienić formę protestu na taki, w którym będziemy walczyli o wyższe płace. Wtedy będzie nas stać na więcej litrów za miesięczną pensję.

Druga opcja to protest, który spowoduje mniejszy popyt na stacjach. Nie mówię tu o blokowaniu dystrybutorów, bo to ma krótkie nogi – kierowcy gotowi jeździć od stacji do stacji byleby zatankować. Myślę o przekonaniu jeżdżących, żeby jeździli mniej. Jeśli koncerny odczują spadek przychodów – wtedy same skorygują ceny. Tylko jak osiągnąć efekt zmniejszenia popytu na masową skalę? Oto jest pytanie…